Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 10 .    

    Drzwi za jego plecami otworzyły się. Nie miał złudzeń co do ucieczki z Malguri - miejsca odległego od terytorium ludzkiego o pół kontynentu, bez telefonu i nikogo zaufanego oprócz Jago i Banichiego - ale to być może była jego szansa. Jednak pokonać dwóch silnych atevich, których sylwetki zamajaczyły nad nim i którzy położyli mu ręce na ramionach, kiedy wstawał z krzesła... To raczej nie sprawiało wrażenia rozsądnej szansy. Szczególnie, że ludzie sięgają atevim do piersi.

    Cenedi rzucił mu spojrzenie i nic nie powiedział. Wyprowadzili go do mrocznego holu i wiedli w głąb drugiego skrzydła Malguri, poza znany mu teren, coraz dalej od frontowych drzwi. Jeżeli Cenedi mówił prawdę, to Banichi jest gdzieś na terenie posiadłości, pracując w miejscu, gdzie przewody elektryczne wchodzą do budynku. Mógłby do niego dotrzeć, a przynajmniej go zaalarmować, gdyby tylko udało mu się pokonać dwóch atevich - trzech, licząc Cenediego, a jego lepiej było liczyć. I wyjść poza zasięg jego słuchu.

    - Muszę iść do łazienki - powiedział, mocno rozstawiwszy nogi. Serce waliło mu jak młotem. To było głupie, ale po dwóch filiżankach herbaty także i prawdziwe. - Poczekajcie minutkę, muszę do łazienki...

    - Łazienka - powiedział jeden z nich. Zaprowadzili go do pokoiku pod schodami, który zapewne znajdował się pod jego własną wygódką i był równie nowoczesny, jak ona.

    Jeden ze strażników zamknął drzwi. Drugi trzymał się blisko Brena i stanął obok niego, kiedy ten robił to, po co tu przyszedł, a potem mył ręce i rozpaczliwie oceniał swoje szanse. Dużo już minęło czasu, od kiedy ostatnio zajmował się sztukami walki, od kiedy ćwiczył, a był pewien, że w przypadku strażników tego czasu minęło znacznie mniej. Wrócił do drzwi w nadziei, że ateva stojący przy nich popełni błąd i otworzy je przed nim. Pomylił się, więc ta chwila przejścia przez drzwi stanowiła jedyną i ostatnią szansę. Bren wbił łokieć w brzuch atevy po lewej, spróbował obrócić się, żeby kopnięciem odrzucić go od drzwi, i na ułamek sekundy, zanim poczuł, jak jego nadgarstek i ramię zostają wykręcone tak, że grozi to złamaniem, zrozumiał, że znalazł się w kłopotach.

    - Dobrze już, dobrze - wydyszał. Uderzył policzkiem w twardą, kamienną ścianę i przekonał się, że wciągnięcie powietrza, którego tak rozpaczliwie potrzebował, grozi złamaniem uwięzionego ramienia.

    Potem było dużo ciężkich oddechów, ich i jego. Miejsce nie służyło skomplikowanym rozumowaniom na temat inny niż ból. Bren poczuł, jak nadgarstek coraz mocniej ściska mu sznur i kiedy jeden z atevich otworzył drzwi łazienki, jeszcze raz spróbował się uwolnić. Sznur, wykręcenie ręki i mocny chwyt stanowiły jednak argumenty nie do pokonania.

    Szedł tam, dokąd go prowadzili, nie miał innego wyjścia. Krótki korytarz, kamienne schody oświetlone lampą, prowadzące na dół, do piwnicy, o której istnieniu w Malguri nie miał pojęcia.

    - Chcę rozmawiać z Banichirn - powiedział, zapierając się na górnym stopniu.

    Przekonało go to, że strażnik nie miał pojęcia o kruchości ludzkich stawów i za chwilę naprawdę złamałby mu rękę. Spróbował postawić nogę na następnym stopniu, nie trafił, stracił równowagę, a strażnik i tak go popchnął, używając jako środka perswazji jego wykręconego ramienia. Bren w końcu poczuł własne stopy i z kilku następnych stopni zszedł o własnych siłach. Zamazane pole widzenia, rozmyta mgiełka światła padającego od jedynej lampy. Kamienne ściany, żadnych mebli oprócz tej samotnej wiszącej lampy naftowej, stołu i krzesła. Kamieniami wstrząsnął grzmot, nawet tak głęboko w skale sprawiając wrażenie ostatniego przesłania z zewnętrznego świata. Następne drzwi wychodziły na ciemny korytarz. Popchnęli go w jego kierunku.

    Znikąd pomocy. Jeżeli Banichi nie jest w to w jakiś sposób zamieszany, to nie pomoże mu nikt. Stracił swoją szansę, usiłując walczyć wręcz z dwoma atevimi - ale jeśli udałoby się mu wyrwać, zanim go gdzieś zamkną - i gdyby mógł zatrzasnąć im przed nosem jakieś drzwi...

    To nie była dobra szansa. To nie była żadna szansa. Bren był jednak zdesperowany, a oni poprowadzili go w bok, przez jakieś drzwi do ciemnej celi bez światła, jeśli nie liczyć blasku padającego z tego pomieszczenia z jedną lampą. Domyślił się, że mają zamiar go tam puścić, i przygotował się do ataku: chciał się schylić i spróbować ich wyminąć.

    Mimo jednak że strażnik rozluźnił chwyt, to nadal trzymał koniec sznura i obrócił Brena jednym szarpnięciem. Przyparł człowieka do ściany, a jego kompan chwycił go za drugą rękę. Bren kopnął na oślep, za co zarobił od niechcenia w żołądek kolanem, ponieważ atevi mieli zajęte ręce.

    - Przestań - powiedział ten od kolana, podczas gdy Bren usiłował odzyskać oddech. - Dosyć tego, słyszysz?

    Potem przewrócił go i wyprostował jedną rękę Brena wzdłuż metalowej sztaby, a drugi strażnik pociągnął jego drugą rękę w przeciwną stronę i przywiązał ją mocno sznurem, od nadgarstka po łokieć.

    Przez większość czasu Bren wciąż usiłował odzyskać oddech. Cholerna kabała - tylko o tym w kółko potrafił myśleć, klasyczny atewski sposób radzenia sobie z kłopotliwą sytuacją, tyle że sztaba nie była przystosowana do przeciętnego wzrostu człowieka i Bren nie mógł ani oprzeć kolan o ziemię, ani podeprzeć się stopami. Cholernie niewygodne, pomyślał. Nie potrafił się z tego wyplątać żadnym sposobem, nie mógł nawet znaleźć miejsca dla kolan, żeby osłonić wrażliwe części ciała przed ciosami, jakich się spodziewał.

    Oni jednak bez słowa odeszli, otrzepując sobie jedynie ręce i ubrania, jakby Bren uraził ich godność. Bał się, że zamkną drzwi i zostawią go w ciemności, ale tego nie zrobili, miał więc w zasięgu wzroku otwarte drzwi i oddalające się po podłodze korytarza cienie. Usłyszał odbijające się echem ich głosy mówili, że chcą się czegoś napić, niczym robotnicy po skończonej pracy.

    Usłyszał, jak wchodzą po schodach, a potem dobiegł go hałas zamykanych drzwi.

    Potem zapadła cisza.

    Na samym początku szkolenia powiedziano mu, że jeśli sytuacja kiedykolwiek stanie się tak dramatyczna, to na tym stanowisku wymaga się samobójstwa. Administracja nie chciała, żeby człowiek znajdujący się w rękach atevich zaczął sypać informacjami technicznymi - na samym początku było to poważne zmartwienie, bo atevi nie osiągnęli jeszcze politycznej stabilności, którą teraz utrzymywali od stu lat, a rywalizacja między patronatami stanowiła stałe zagrożenie dla Traktatu. Ach nie, coś takiego nie może się stać, nawet w najśmielszych przewidywaniach...

    Wciąż jednak tego uczyli - Bren znał z tuzin bezbolesnych metod - i wciąż mówili, że jeśli nie ma innego wyjścia, to trzeba to zrobić, bo ratunek znikąd nie nadejdzie i nikt nie zaryzykuje pokoju, żeby go uwolnić.

    Co prawda, oprócz politycznych informacji świadczących przeciwko Tabiniemu, Bren nie miał wiele do wyjawienia. Technika obecnie była tak wyspecjalizowana, że paidhi nie miał o niej pojęcia, dopóki nie został oświecony na Mospheirze, po czym tak długo pracował nad danym zagadnieniem, aż był w stanie wszystko sensownie przetłumaczyć i zostać zrozumianym przez atewskich specjalistów. W żaden sposób nie mogli zmusić go biciem do wyjawienia tajemnic atomu, podobnie jak nie potrafił wyjaśnić techniki transświetlnej.

    Nie mógł jednak też dopuścić, żeby wykorzystali go politycznie. Nie mógł wydawać oświadczeń, które byliby w stanie zredagować po swojemu i pozbawiać kontekstu, chyba że miałby na ciele ślady mówiące światu, że działał pod przymusem.

    A on udzielił tego wywiadu - siedząc zupełnie spokojnie przed kamerami telewizyjnymi.

    Pozwolił Cenediemu nagrać swoje odpowiedzi na taśmę, łącznie z tą cholerną odmową przyznania się do broni. Mieli wszystkie efekty wizualne i dźwiękowe, jakich mogli potrzebować.

    Cholera, pomyślał. Zawalił sprawę. Zawalił ją i nie było jakiejkolwiek możliwości naprawy. Od tej chwili jego obowiązki przejęła Hanks. Szkoda, że nie ma kogoś lepszego, obdarzonego większą wyobraźnią, w ogóle kogoś, kto zdaje sobie sprawę, że Tabini nadal jest ich najlepszym sprzymierzeńcem.

    Obalić Tabiniego, zastąpić go humanofobami, a jego samego Deaną Hanks - i całe dzieło kilku pokoleń pójdzie w diabły. Bren był o tym przekonany. A zwolennicy twardej linii wśród ludzi, którzy uważali, że zbytnio się zaprzyjaźnił z Tabinim... Nie mieli racji, Bren nie chciał wierzyć, że mają rację; ale i tak będą to rozgłaszać z najwyższą przyjemnością.

    Ironia tkwi w tym, że twardogłowi, frakcje żądające zniszczenia opozycji wszelkimi środkami, są podobne po obu stronach cieśniny. I nie można oddać sprawy w ich ręce.

    Błędem było dać się zabrać spod nadzoru Cenediego. Bren był teraz o tym przekonany. Musi jakoś wytrzymać, dowiedzieć się, czy jest w to wplątany Banichi, czy może został uwięziony. Trzeba zmusić ich do sprowadzenia Cenediego, znaleźć posłuch u kogoś, kto uwzględni głos rozsądku.

    Miał mnóstwo czasu na gonitwę myśli, miotających się między dziesiątkami planów.

    Kiedy jednak zimno przeniknęło do kości, mięśnie zaczęły sztywnieć, a potem boleć - umysł znalazł sobie inne zajęcie oprócz planowania, jak naprawić to, co Bren zawalił. Umysł stwierdził, że ciału jest cholernie niewygodnie, że boli i że jest całkiem możliwe, że Bren nie wyjdzie z tej piwnicy, jeśli nie da tym atevim wszystkiego, czego chcą.

    Nie może jednak tego zrobić. Nie może i nie chce. Nie wykonał swojej roboty nawet w połowie, bo inaczej by go tu nie było, ale nie zamierza jej skończyć, obalając Tabiniego.

    To jedyna nadzieja, jaką ma, powtarzał sobie w kółko. Kiedy trzeba, z Tabiniego jest przebiegły sukinsyn. Niech go diabli, oddał kartę, której i tak musiałby się zrzec - wiedział, że ludzie nie będą walczyć o Brena, a nie mając w sobie nic ludzkiego, nie wiedział, co czuje człowiek. Dostał swój wywiad telewizyjny. Pokazał światu i ludziom, że Bren Cameron jest do niego nastawiony przychylnie - przemycił tę ekipę telewizyjną bardzo sprytnie i uzyskał ten kluczowy wywiad tuż przedtem, jak przeciwnicy wysłali swoich agentów z żądaniami do Ilisidi, która prawdopodobnie nie zadeklarowała się po żadnej ze stron i udaje neutralną. Szach i mat.

    Ależ w cholernej sytuacji postawił go Tabini! Serdeczne dzięki, pomyślał Bren. Serdeczne dzięki, Tabini.

    Ale jesteś nam potrzebny. Od twojego utrzymania się u władzy zależy pokój. Wiesz, że zostanę zastąpiony. Dadzą ci nowiutkiego paidhiego; nową pozycję dla numerologów do rozgryzienia i deliberowania. Rzucasz nową kostką - dajesz im nową łamigłówkę i ludzi, którzy nie reagują tak, jak atevi. Ty sukinsynu, Tabini-ji.






    Czas wydawał się rozciągać w godziny. Przeszedł od przerażenia do bólu, nudy i potwornej niewygody zesztywniałych mięśni, ścierpniętych kończyn, zimnego metalu i zimnego kamienia. Już nie słyszał grzmotów. Nie mógł znaleźć takiego kąta oparcia dla nóg, od którego nie bolałyby go plecy, kolana albo ramiona, a i tak każda próba sprawiała mu ból.

    W ciszy i ciemności wyobraźnia nie była niczym cennym. Za dużo telewizji, powiedziałby Banichi.

    Ale Banichi albo zmienił skórę - co znaczyłoby, że jego man'chi zawsze było inne, niż sądził nawet Tabini - albo wylądował w takich samych tarapatach, jak on.

    Największą nadzieją Brena było to, że przez drzwi wejdzie Banichi albo Jago i uwolni go, zanim przeciwnicy umieszczą jego przypadek na liście spraw do pilnego załatwienia. Być może ta zwłoka brała się właśnie stąd, że szukają Banichiego i Jago. To szybkie wyjście Jago, kiedy rozmawiał z nią po raz ostatni, i ta wiadomość od Banichiego - może Banichi coś zauważył i skontaktował się z nią, wiedząc, że sami muszą być wolni, jeżeli mają go potem oswobodzić...

    To dobra intryga dla machimi, ale takie rzeczy się nie zdarzają. Coś takiego nie zdarzy się i teraz. Bren po prostu wisiał, czując ból w licznych nadwerężonych miejscach. W końcu usłyszał, jak otwierają się drzwi sąsiedniego pomieszczenia.

    Na prowadzących do niego kamiennych stopniach rozległy się kroki - schodziły dwie albo trzy osoby, Bren nie był pewien, ale po chwili stwierdził, że są trzy: słyszał głosy, ale nie zrozumiał, co mówią. Osiągnął pewien poziom panicznego strachu, uznając, że co ma się stać, stanie się teraz. Nikt jednak do niego nie przyszedł, więc Bren zaklął z rezygnacją i zwiesił bezwładnie głowę, co może na pięć minut uśmierzało ból szyi.

    Wtem głosy osób, które, jak już uznał, miały zostać w sąsiednim pomieszczeniu, przeniosły się na korytarz, a kiedy podniósł wzrok, do celi wszedł cień - ktoś w mundurze straży, nie widział pod światło, ale w ciemności wypełniającej jego pole widzenia dostrzegał iskierki metalu.

    - Dobry wieczór - powiedział do swego gościa. - A może jest już środek nocy?

    Cień wyszedł, a nerwy Brena napięte do granicy bólu zaczęły drżeć, co uznał za ostatnie stadium przed paraliżem nóg. Palce u rąk już miał bezwładne. Nie podobało mu się to. Miał nadzieję, że może to tylko zajrzał do niego strażnik i wszyscy zaraz odejdą.

    Kroki wróciły. Uznał, że to chodzenie ma go przerazić, co, w połączeniu z bólem, doprowadziło go do wściekłości. Miał nadzieję, że wpadnie we wściekłość - dawno już stwierdził, że złość lepiej mu służy niż przerażenie.

    Tym razem jednak przyszło ich więcej. Przynieśli ze sobą drewniane krzesło i magnetofon. Cienie rzucały własne cienie w nikłym świetle padającym od wejścia. Magnetofon też rzucał cień, a kiedy jedna z postaci pochyliła się i nacisnęła przycisk, zapaliło się na nim czerwone światełko.

    - Nagranie na żywo - powiedział Bren. Nie widział żadnego powodu do wyrozumiałości i pielęgnował swój gniew, choć znajdował się na granicy przerażenia. Powiedział sobie, że nie zasłużył na coś takiego - ani ze strony Tabiniego, ani ze strony Cenediego, ani Ilisidi: - A więc kim jesteś? Czego chcesz, nadi? Czegoś rozsądnego? Nie sądzę.

    - Żadnego strachu? - zapytał cień. - Żadnej skruchy, żalu?

    - A czego powinienem żałować, nadi? Zdania się na gościnność wdowy? Jeśli jej nadużyłem, to przepraszam, i chciałbym... wyjechać...

    Jeden cień oddzielił się od innych, uniósł krzesło, obrócił je i usiadł z rękoma złożonymi na jego niskim oparciu.

    - Skąd wziąłeś pistolet? - zapytał cień obcym głosem.

    - Nie miałem żadnego pistoletu. Strzelił Banichi. Nie ja.

    - Dlaczego Banichi miałby się w to angażować? I dlaczego pistolet pojawił się w twoim łóżku?

    - Nie mam pojęcia.

    - Czy Banichi jeździł z tobą na Mospheirę?

    - Nie.

    - Czy kiedykolwiek tam był?

    - Nie. Za mojego życia żaden ateva nie odwiedził Mospheiry.

    - Kłamiesz o tym pistolecie, prawda?

    - Nie - odparł.

    Powróciło drżenie w lewej nodze. Bren starał się zachować spokój i myśleć, a pytania padały jedno za drugim, co pewien czas wracając do sprawy pistoletu.

    Skończyła się taśma i trzeba było ją wymienić. Drżenie nie ustawało. Szykowało się następne, w prawej ręce, więc Bren spróbował zmienić pozycję, żeby ją odciążyć.

    - Co planujecie - padło następne pytanie, nagrywane już na nowej taśmie - w związku z przyszłymi dostawami surowców na Mospheirę? Dlaczego je zwiększyliście?

    - Bo infrastruktura Mospheiry się zużywa. - Była to wygodna, uproszczona odpowiedź. - Potrzebujemy tych surowców. Mamy własne wymagania co do ich przetwarzania.

    - A wasza własna baza rakietowa?

    To nie to samo pytanie. Serce na chwilę mu zamarło. Bren wiedział; że milczy za długo.

    - Jaka baza rakietowa?

    - Wszystko wiemy. To wy daliście nam satelity. A może nie powinniśmy wiedzieć?

    - Z szerokości geograficznej Mospheiry nie wystrzeliwuje się rakiet. Nie da się. To niepraktyczne.

    - Możliwe. Praktyczne, jeżeli to wasza jedyna baza. A może z Mospheiry wypływają łodzie nie mające nic wspólnego z łowieniem ryb?

    Jakie cholerne łodzie? zapytał w duchu Bren. Jeżeli coś w tym jest, to on o niczym nie wie. Nie wykluczał jednak takiej możliwości.

    - Nie budujemy żadnej bazy rakietowej, nadi, przysięgam. Jeśli tak jest, to paidhi nic o tym nie wie.

    - Umieszczacie liczby w strumieniu danych. Popieracie sekciarskie debaty, żeby nas opóźnić. Najwyraźniej gromadzicie metale. Zwiększacie zamówienia na stal i złoto - dajecie nam przemysł i wymieniacie mikroukłady na grafit, tytan, aluminiuni, palad - pierwiastki, o których istnieniu nie wiedzieliśmy jeszcze sto lat temu, a teraz, dzięki wam, potrafimy je wykorzystywać. Teraz je importujecie - minerały, których nie ma na Mospheirze. Po co? Do czego ich używacie, jeśli nie do tego samego, czego nas nauczyliście, do budowy lekkich statków powietrznych, którymi się nie lata, do...

    - Nie jestem inżynierem. Nie znam się na naszej produkcji. Wiem, że używamy tych pierwiastków w elektronice, do wyrobu stali o dużej wytrzymałości, dla przemysłu...

    - I lekkich statków powietrznych? Łopatek turbin dla odrzutowców?

    Potrząsnął głową. To nawyk z dzieciństwa, nic nie znaczący dla atevich. Znalazł się w poważnych kłopotach i nie mógł powiedzieć o podejrzeniach, które żywili atevi, komuś, kto powinien jak najszybciej o nich usłyszeć. Bał się, że w ogóle nie będzie miał szansy powiedzieć o nich komukolwiek, jeżeli nie udzieli temu mężczyźnie jakichś wiarygodnych, uspokajających odpowiedzi.

    - Nie wątpię, że istnieją eksperymentalne statki powietrzne. Mamy tylko wyrysowane plany tego, co niegdyś istniało. Budujemy pojazdy próbne. Modele. Wypróbowujemy to, co w naszym mniemaniu sami rozumiemy, zanim udzielimy rad, które doprowadzą jakiegoś atevę do wysadzenia się w powietrze. Nadi, znamy niebezpieczeństwa związane z paliwami rakietowymi i systemami sterowania...

    - Troszczycie się o nas.

    - Zapewniam cię, nadi, że nie chcemy, żeby jakiś ateva wysadził w powietrze laboratorium albo spadł z nieba i żeby wszyscy mówili, że to nasza wina. Atevi winią programy. Wiele osób wini nas za samoloty, które nie podają rozkładu lotów, i ulice miast zawalone zbożem, bo minister rolnictwa myślał, że komputer wymyśla liczby - całe szczęście, że mamy programy próbne. Najpierw staramy się zapobiegać katastrofom, a potem prosimy, żebyście ryzykowali życie. To nie konspiracja, a zasady współistnienia!

    - To coś więcej niż próby - powiedział prowadzący śledztwo. - Aiji dobrze sobie z tego zdaje sprawę. Prawda?

    - Nie. Ja też sobie z tego nie zdaję sprawy. Nie ma żadnej bazy rakietowej. Nic przed wami nie ukrywamy. Jeżeli buduje się statki powietrzne, to jest to program badawczy.

    - Kto ci dał pistolet, nadi?

    - Nikt mi nie dał żadnego pistoletu. Nawet nie wiem, że był pod moim materacem. Zapytaj Cenediego, skąd się tam wziął:

    - Kto ci go dał, nadi-ji? Odpowiedz mi. Powiedz: Dał mi go aiji, a będziesz mógł wrócić do łóżka i więcej o tym nie myśleć.

    - Nie wiem. Powiedziałem, że nie wiem.

    Mężczyzna stojący najbliżej Brena wyciągnął pistolet. Bren zobaczył w prawie całkowitej ciemności lśnienie lufy. Mężczyzna przysunął się i Bren poczuł na twarzy zimny metal. Dobrze, pomyślał, tego przecież chcemy, prawda? Koniec pytań.

    - Nand'paidhi - powiedział prowadzący śledztwo. Mówisz, że Banichi strzelił do intruza w twoim mieszkaniu. Czy to prawda?

    Po przekroczeniu pewnego punktu - do diabła z tą grą. Bren zamknął oczy i pomyślał o śniegu i niebie nad zimowymi stokami. O wietrze i o tym, że w zasięgu wzroku nie ma żywego ducha.

    Jego myśli nie pobiegły ku Barb, i to było wiele mówiące. Jakby ten fakt miał jakiekolwiek znaczenie! Stanowiło to jednak dziwne, bolesne odkrycie.

    - Czy to prawda, nand' paidhi?

    Postanowił nie odpowiadać. Pistolet zniknął. Mocna dłoń uniosła mu głowę i uderzyła nią o ścianę.

    - Nand' paidhi. Tabini-aiji wyrzekł się ciebie. Oddał cię w nasze ręce. Czytałeś list. Prawda?

    - Tak.

    - Jakie ma dla ciebie znaczenie nasza polityka? Puść go, nadi. Puść go. Wyjdźcie. Wszyscy.

    Mężczyzna go puścił. Nagle zmienili zasady. Pozostali wyszli pojedynczo, wpuszczając nieco światła, które wyodrębniało przynajmniej kontury twarzy atevy zadającego pytania, ale Bren chyba go nie znał. Zastanawiał się tylko, jaka będzie jego ostateczna propozycja i co takiego chce mu powiedzieć na osobności. Bren nie sądził, żeby mu się to spodobało.

    Ateva wyłączył magnetofon. W celi zapadła bardzo długa cisza.

    - Czy myślisz - odezwał się w końcu - że odważymy się teraz wypuścić cię, nand' paidhi, żebyś wrócił na Mospheirę? Z drugiej strony, gdybyś dostarczył aiji-wdowie dowodu pozwalającego usunąć aijiego, gdybyś opowiedział się po naszej stronie - bylibyśmy głupcami, przekazując cię bardziej radykalnym frakcjom istniejącym w ramach naszego patronatu.

    - Cenedi mówił to samo. I przysłał mnie tu.

    - My popieramy aiji-wdowę. Byłoby ci u nas bardzo wygodnie, nand' paidhi. W stosunkach patronatu z Mospheirą nie zmieniłoby się nic ważnego - oprócz osób u władzy. Jeśli mówisz prawdę i nie masz informacji, które chcielibyśmy uzyskać, to potrafimy być rozsądni. Możemy to zaakceptować, o ile będziesz gotów dostarczać nam oświadczenie służące naszemu punktowi widzenia. Nie będzie cię to nic kosztowało. Utrzymasz się na swoim stanowisku, nand' paidhi. Wszystko to za prostą odpowiedź. Co ty na to? - Ateva pochylił się, znów stając się jednolitą plamą cienia, i włączył magnetofon. - Kto ci dostarczył pistolet, nand' paidhi?

    - Nigdy nie miałem żadnego pistoletu - odparł Bren. - Nie wiem, o czym mówisz.

    Ateva wyłączył magnetofon, podniósł go, wstał i wyszedł. Bren zwisał ze sztaby, trzęsąc się i myśląc, że właśnie zrobił z siebie kompletnego durnia, że Tabini nie zasługuje na tak wielką przysługę. Zadawał sobie pytanie, czy rzeczywiście ma szansę wyjść z tego żywy, zostać na stanowisku i wrócić do załatwiania spraw z Mospheirą, jakby nic się nie stało...

    Akurat mu na to pozwolą... Zaufanie to słowo, którego nie da się przetłumaczyć. Atevi mieli za to czternaście słów na oznaczenie zdrady.

    Spodziewał się, że wrócą strażnicy, może go zastrzelą, może zabiorą go gdzieś indziej, do tych mniej rozsądnych atevich, o których mówił jego rozmówca. Jeśli ma się potencjalnego informatora, to nie przekazuje się go rywalizującym frakcjom. Nie. To cały Cenedi. Cała wdowa. Ta sama gra, bez względu na strategię. Tyle że gra zrobiła się ostrzejsza. Cenedi ostrzegał go, że niektórzy nie wytrzymują.

    Usłyszał, że ktoś wychodzi z pomieszczenia i idzie korytarzem, potem zamyka drzwi. Podczas długiej chwili ciszy Bren zadał sobie pytanie, jak bardzo zły obrót mogą przybrać sprawy - i znalazł na to paskudne odpowiedzi rodem z machimi. Nie chciał o tym myśleć. Oddychanie sprawiało mu teraz ból, ale nie czuł już nóg.

    Dłuższy czas potem otworzyły się zewnętrzne drzwi. Znów ktoś schodził po kamiennych schodach. Bren słuchał jego kroków, oddychając szybko i płytko, co nie dawało mu wystarczającej ilości tlenu, patrzył, jak ciemniejszym korytarzem zbliżają się cienie i usiłował zachować przytomność umysłu. Znajdź jakiś punkt do negocjacji, powiedział sobie w duchu. Zajmij czymś tych drani, niech mówią. Graj na zwłokę, żeby Hanks, Tabini albo w ogóle ktoś zdążył coś zrobić.

    Do celi weszli strażnicy. Był teraz całkiem pewien, że to podwładni Cenediego.

    - Powiedzcie Cenediemu, że się zdecydowałem - odezwał się tak rzeczowo, jakby znajdował się we własnym biurze, a oni przyszli po wiadomość. - Może dojdziemy do porozumienia. Muszę z nim porozmawiać. Wolałbym rozmawiać z nim.

    - To nie nasza sprawa - powiedział jeden z nich. Bren rozpoznał tę postawę, to oficjalne umycie rąk atewskiego urzędnika, który zajął stanowisko, zerwał negocjacje i polecił podwładnym opóźniać próby porozumienia. Oficjalnie. Cenedi mógł nie chcieć słyszeć o ich metodach. Bren nie uważał Cenediego za kogoś takiego; sądził, że będzie chciał wiedzieć, co robią jego podwładni.

    - Jest pośrednie stanowisko - powiedział. - Powiedzcie mu, że jest z tego wyjście. - Cokolwiek, co spowoduje, że Cenedi pośle po niego.

    Strażnicy mieli jednak inne rozkazy. Zaczęli odwiązywać mu ręce. A więc zabiorą go gdzieś indziej. O Boże, żeby tylko to było w zamku.

    Czterech na niego jednego. Idiotyzm. Nogi nie funkcjonowały mu jak należy. Jedna stopa ścierpła. Nie mógł poruszać rękami. Spróbował wstać o własnych siłach, ale dwóch strażników podniosło go, podpierając mu plecy splecionymi rękami, żeby mógł stanąć na nogach, choć byłoby prościej, gdyby jeden z nich go po prostu zaniósł.

    - Przepraszam - powiedział Bren. Kiedy wyprowadzali go z celi, jedna stopa odmawiała mu posłuszeństwa co kilka kroków i Brenowi zrobiło się głupio, że w ogóle otwierał usta był tak cholernie przyzwyczajony do uprzejmości, które teraz wydawały się tak cholernie bezużyteczne. - Tylko powiedzcie Cenediemu - poprosił w korytarzu. - Dokąd idziemy?

    - Po prostu idź, nand' paidhi. Mamy rozkaz z tobą nie rozmawiać.

    Co oznaczało, że rozmawiać z nim nie będą. Nic mu nie byli winni. To, że odpłacali uprzejmością za uprzejmość, było pocieszające i świadczyło przynajmniej o tym, że nie żywią do niego osobistej urazy, ale poza tym nie znaczyło nic. Man'chi było wszystkim, lecz nie wiadomo, gdzie spoczywało ich man'chi.

    Przynajmniej prowadzili go w górę, do holu. Bren miał nadzieję, że może będą przechodzić obok gabinetu Cenediego, i tak też się stało - drzwi jednak były zamknięte i nie wydostawało się spod nich światło. Cholera, pomyślał, jeszcze jedna nadzieja zawiedziona. Wstrząsnęło to resztkami świadomości Brena, ale jego myśli wciąż zbaczały w kierunku tego, co się dzieje, co może się stać, kim są ci atevi, a to akurat nie było ważne, ponieważ nic nie mógł na to poradzić. Mógł natomiast uporządkować pytania, które mu zadali, i postarać się przewidzieć, o co jeszcze mogą go pytać - tylko to może się na coś przydać. Nie powinien wierzyć, że uparte pytanie o broń jest ważne - być może chcą, żeby skupił się na tej kwestii, podczas gdy oni będą po kawałeczku wyciągać z niego to, co naprawdę wie... dopóki nie określą granic jego wiedzy i ewentualnej jego przydatności.

    Nie istniała żadna cholerna baza rakietowa. To było najstraszniejsze pytanie, a oni nie mieli racji, nie mogli mieć racji żadną miarą nie mógł sobie wyobrazić takiej bazy na Mospheirze. Jeśli natomiast chodzi o gromadzenie zapasów, to mieli dane handlowe. Na ten temat nie mógł kłamać. Atevi w końcu nauczyli się od swoich nauczycieli: wiedzieli, że ludzie gromadzą materiały potrzebne w pewnych dziedzinach, i jeśli będą zadawać właściwe pytania oraz stosować właściwe narkotyki, to Bren może im powiedzieć o wiele za dużo. Cenedi powiedział to samo, co mówili jego przełożeni: nie będzie żadnym bohaterem, chyba że wymyśli jeszcze lepsze kłamstwo od tego, które już wymyślił na poczekaniu, i będzie się go trzymał.

    Boże, jedyna nadzieja w tym, że ich najważniejszym celem jest powiązanie tego pistoletu z Tabinim, a nie ta cała reszta. Nie mogli przecież pokonać Tabiniego, to niemożliwe, i wciąż pytać o to, o co pytają...

    On jednak nie może im już nic więcej powiedzieć.

    Nie może. Nie odważy się. Nie może brać udziału w tej niebezpiecznej grze. Musi posługiwać się głową, która w tej chwili wcale nie jest tak sprawna. Był obolały, a myśli rozbiegały mu się przy najmniejszym rozluźnieniu uwagi, zatrzymując się na kwestiach tego, co może się zdarzyć, co on może zrobić, a czego mu nie wolno, i jaki może mieć wybór.

    Prowadzili go obok kuchni, a potem korytarzem do schodów, co do których miał kiedyś podejrzenie, że mogą być zabezpieczone przed niepowołanymi osobami - do tylnych schodów Ilisidi, jej apartamentu i jej skrzydła fortecy, zupełnie odizolowanych od reszty Malguri.

    - Banichi! - krzyknął Bren, kiedy zaczęli wchodzić na schody. Strażnicy wzmocnili chwyt. - Banichi! Tano! Ratunku! Szarpnął się, żeby wszystkich zrzucić ze schodów, i chwycił ręką poręcz. Jeden ze strażników objął go ramieniem, pozbawiając tchu, i oderwał od balustrady, a drugi tymczasem odzyskał równowagę.

    - Banichi! - krzyczał, aż zdarł sobie gardło; nie był jednak na tyle silny, żeby się im wyrwać, skoro mieli się już na baczności. Wwindowali go po schodach, przeciągnęli przez korytarz i wnieśli przez masywne drzwi do apartamentu Ilisidi.

    Grube drzwi. Dźwiękoszczelne. U Ilisidi pachniało kwiatami, płonącym drewnem i naftą do lamp. Nie było już sensu się wyrywać. Bren odzyskał oddech i starał się iść o własnych siłach - dawał się prowadzić bez oporu, bo i tak nikt już go nie mógł usłyszeć - po wypastowanej drewnianej podłodze i antycznych dywanach, obok delikatnych mebli, bezcennych dzieł sztuki i, jak wszędzie w Malguri, wypchanych łbów zwierząt. Niektóre z tych gatunków były już wymarłe, wybite do ostatniego osobnika.

    Z trudem łapiąc oddech, Bren poczuł czysty, zimny zapach przesyconego deszczem powietrza. Gdzieś były otwarte okna albo drzwi na balkon, wpuszczając wiatr na pokoje, z których bardziej odległe były pogrążone w cieniu. Nie paliły się lampy, powietrze robiło się coraz zimniejsze, aż w końcu przeszli przez ciemny salon, który pamiętał, i wyszli na omiatany zimnym wiatrem balkon.

    Stał tam w ciemności nakryty stół, a przy nim siedziała, jedząc grzanki z herbatą, ciemna postać o włosach przetykanych siwizną, ubrana w ciepłe szaty. Ilisidi, siedząca nad wczesnym śniadaniem, podniosła wzrok na wchodzących i, co Brenowi wydało się zupełnym szaleństwem, machnęła w kierunku pustego krzesła. Lodowate podmuchy szarpały koronkowym obrusem.

    - Dzień dobry, nand' paidhi - przywitała go.- Siadaj. Jakie masz śliczne włosy. Same się kręcą?

    Padł na krzesło, do którego doprowadzili go strażnicy. Warkocz kompletnie mu się rozplótł. Włosy fruwały na wietrze, który porywał parę znad filiżanki Ilisidi. Strażnicy stanęli za jego krzesłem, a służący wdowy nalał mu herbaty. Wiatr, który nadlatywał znad pogrążonego w mroku jeziora, od gór, porwał parę także z filiżanki Brena, przeszywając go chłodem do szpiku kości. Na najniższych przełęczach pokazała się leciutka czerwień świtu.

    - To godzina duchów - odezwała się Ilisidi. - Wierzysz w nie?

    Zaczerpnął szybki, zimny haust powietrza - pozbierał kawałki swego rozsądku... i zaskoczył.

    - Wierzę w powinność spełnianą bez nagrody, nand' wdowo. Wierzę w zdradę i zaproszenia, których człowiek nie powinien pochopnie przyjmować. Wejdź na mój statek, rzekła dama do rybaka. - Ujął filiżankę trzęsącą się ręką. Herbata rozlała się, parząc go w palce, ale doniósł naczynie do ust i pociągnął ostrożnie łyk. Poczuł tylko słodycz. - To nie napar Cenediego. Jakie efety wywołuje tym razem?

    - Jaki dumny młodzian. Słyszałam, że lubisz słodycze. Słyszysz dzwon?

    Słyszał. To pewnie pława dzwonowa gdzieś na jeziorze.

    - Kiedy wieje wiatr, niesie ze sobą jego dźwięk - rzekła Ilisidi, jeszcze szczelniej owijając się w swoje szaty. - Ostrzega przed skałami. Wpadliśmy na ten pomysł na długo wcześniej, nim pojawiliście się ze swoimi darami.

    - Nie wątpię. Atevi wynaleźli tyle rzeczy przed naszym przybyciem.

    - Wasz statek się rozbił, tak? Wciąż podtrzymujecie tę historię? Nie było żadnych pław dzwonowych?

    - Za daleko od zwykłych tras - odparł i pociągnął jeszcze jeden, rozgrzewający łyk. Ostry wiatr przenikał mu przez koszulę i spodnie. Tak bardzo dygotał, że znów oblał sobie palce gorącym płynem, odstawił więc filiżankę na stół. - Poza zasięgiem naszych map. Za daleko, żeby zobaczyć znajome gwiazdy.

    - Ale wystarczająco blisko do naszej.

    - W końcu tak. Kiedy byliśmy zdesperowani. - Dzwonienie to rozlegało się, to cichło, zależnie od kaprysów wiatru. Nigdy nie chcieliśmy nikomu zrobić krzywdy, nand' dowager. To wciąż jest prawda.

    - Rzeczywiście?

    - Kiedy Tabini przysłał mnie do ciebie, powiedział, że będzie potrzebował wszystkich moich zdolności dyplomatycznych. Wtedy nie rozumiałem, o co mu chodzi. Myślałem, że jego babka jest po prostu trudna w kontaktach.

    Twarz Ilisidi nic nie wyrażała, nic, co ludzkie oczy mogłyby dostrzec w nikłym świetle poranka. Możliwe jednak, że ją to rozbawiło. Ilisidi często bawiły takie dziwne rzeczy. Być może, że zimno przeniknęło już do samego mózgu Brena, a może to skutki herbaty: stwierdził, że jakoś nie bardzo się jej boi.

    - Czy zechciałabyś mi powiedzieć - odezwał się, podnosząc głos z powodu wiatru - czego chcesz? Bazy rakietowe na Mospheirze, to stek bzdur. Nieodpowiednia szerokość geograficzna. Podobnie bzdurny jest pomysł ze statkami wypływającymi do innych miejsc. Czy zatem aresztowanie mnie to po prostu sprawa polityczna, czy coś innego?

    - Moje oczy nie są już takie, jak dawniej. Kiedy byłam w twoim wieku, widziałam waszą stację na orbicie. Potrafisz ją stąd dojrzeć?

    Zwrócił głowę ku słońcu, ku górom, szukając nad ich szczytami gwiazdy, która nie migoce, gwiazdy lśniącej odbitym światłem słońca.

    Zobaczył zamglony obraz. Stacja wydawała się zniekształcona, więc Bren spojrzał na sąsiednie ciemniejsze gwiazdy. Niebo było jeszcze na tyle ciemne, że widział je bez żadnego kłopotu. Żadne elektryczne światła nie zaćmiewały świtu miejską poświatą.

    Ale kiedy patrzył przez dłuższą chwilę na stację, wciąż widział tę deformację, jakby - przestraszył się tej myśli - odchyliła się od swojej zwykłej płaszczyzny, zmieniając zarys z okręgu na elipsę.

    Może to widać główny maszt? Czyżby stacja tak radykalnie odchyliła się od pionu?

    Przez głowę przemykały mu rozmaite logiczne wyjaśnienia: stacja jest w gorszym stanie, niż sądzili, może spowodowała to jakaś burza na słońcu, a Mospheira mogła przesyłać instrukcje, usiłując ją uratować. To na pewno zwróciłoby uwagę atevich - mają odpowiednio silne urządzenia optyczne.

    Może obluzowała się jakaś bateria słoneczna i odbija światło. Stacja co kilka minut wykonywała obrót. Jeśli coś się obluzowało, to powinno pojawiać się i znikać.

    - No i co, nand' paidhi?

    Wstał z krzesła i patrzył na stację, starając się nie mrugać oczyma, tak długo, aż zaczęły go piec od podmuchów wiatru, który przenikał jego ubranie niczym nóż.

    Nic się jednak nie zmieniało, nie znikało. Maleńka nieregularność utrzymywała się z tej samej strony stacji, która miała wirować wokół swej osi... coraz wolniej z biegiem wieków, zgodnie z prawami entropii, ale...

    Ale, pomyślał, mój Boże, nie za mego życia. Stacja nie miała się rozpaść, chyba że w wyniku jakiegoś wszechobejmującego astronomicznego kataklizmu...

    A wtedy by tak nie wisiała - chyba że to naprawdę jest maszt... Postąpił krok w kierunku balkonu. Ręce atevich chwyciły go za ramiona i zatrzymały, ale Bren nie chciał rzucić się z murów Malguri, a jedynie jak najdalej odejść od nikłego światła docierającego z dalej położonych pokoi. Wciąż nie rozumiał, co widzi. Jego umysł wciąż usiłował zinterpretować nowy obraz stacji.

    - To coś pojawiło się osiem dni temu i połączyło ze stacją - odezwała się Ilisidi.

    Pojawiło się. Połączyło ze stacją.

    O mój Boże, mój Boże...

następny