Czas wydawał się rozciągać w godziny. Przeszedł od przerażenia
do bólu, nudy i potwornej niewygody zesztywniałych mięśni, ścierpniętych
kończyn, zimnego metalu i zimnego kamienia. Już nie słyszał grzmotów. Nie mógł
znaleźć takiego kąta oparcia dla nóg, od którego nie bolałyby go plecy, kolana
albo ramiona, a i tak każda próba sprawiała mu ból.
W ciszy i ciemności wyobraźnia nie była niczym cennym. Za dużo
telewizji, powiedziałby Banichi.
Ale Banichi albo zmienił skórę - co znaczyłoby, że jego man'chi
zawsze było inne, niż sądził nawet Tabini - albo wylądował w takich samych
tarapatach, jak on.
Największą nadzieją Brena było to, że przez drzwi wejdzie
Banichi albo Jago i uwolni go, zanim przeciwnicy umieszczą jego przypadek na
liście spraw do pilnego załatwienia. Być może ta zwłoka brała się właśnie stąd,
że szukają Banichiego i Jago. To szybkie wyjście Jago, kiedy rozmawiał z nią po
raz ostatni, i ta wiadomość od Banichiego - może Banichi coś zauważył i
skontaktował się z nią, wiedząc, że sami muszą być wolni, jeżeli mają go potem
oswobodzić...
To dobra intryga dla machimi, ale takie rzeczy się nie
zdarzają. Coś takiego nie zdarzy się i teraz. Bren po prostu wisiał, czując ból
w licznych nadwerężonych miejscach. W końcu usłyszał, jak otwierają się drzwi
sąsiedniego pomieszczenia.
Na prowadzących do niego kamiennych stopniach rozległy się
kroki - schodziły dwie albo trzy osoby, Bren nie był pewien, ale po chwili
stwierdził, że są trzy: słyszał głosy, ale nie zrozumiał, co mówią. Osiągnął
pewien poziom panicznego strachu, uznając, że co ma się stać, stanie się teraz.
Nikt jednak do niego nie przyszedł, więc Bren zaklął z rezygnacją i zwiesił
bezwładnie głowę, co może na pięć minut uśmierzało ból szyi.
Wtem głosy osób, które, jak już uznał, miały zostać w sąsiednim
pomieszczeniu, przeniosły się na korytarz, a kiedy podniósł wzrok, do celi
wszedł cień - ktoś w mundurze straży, nie widział pod światło, ale w ciemności
wypełniającej jego pole widzenia dostrzegał iskierki metalu.
- Dobry wieczór - powiedział do swego gościa. - A może jest już
środek nocy?
Cień wyszedł, a nerwy Brena napięte do granicy bólu zaczęły
drżeć, co uznał za ostatnie stadium przed paraliżem nóg. Palce u rąk już miał
bezwładne. Nie podobało mu się to. Miał nadzieję, że może to tylko zajrzał do
niego strażnik i wszyscy zaraz odejdą.
Kroki wróciły. Uznał, że to chodzenie ma go przerazić, co, w
połączeniu z bólem, doprowadziło go do wściekłości. Miał nadzieję, że wpadnie we
wściekłość - dawno już stwierdził, że złość lepiej mu służy niż przerażenie.
Tym razem jednak przyszło ich więcej. Przynieśli ze sobą
drewniane krzesło i magnetofon. Cienie rzucały własne cienie w nikłym świetle
padającym od wejścia. Magnetofon też rzucał cień, a kiedy jedna z postaci
pochyliła się i nacisnęła przycisk, zapaliło się na nim czerwone światełko.
- Nagranie na żywo - powiedział Bren. Nie widział żadnego
powodu do wyrozumiałości i pielęgnował swój gniew, choć znajdował się na granicy
przerażenia. Powiedział sobie, że nie zasłużył na coś takiego - ani ze strony
Tabiniego, ani ze strony Cenediego, ani Ilisidi: - A więc kim jesteś? Czego
chcesz, nadi? Czegoś rozsądnego? Nie sądzę.
- Żadnego strachu? - zapytał cień. - Żadnej skruchy, żalu?
- A czego powinienem żałować, nadi? Zdania się na gościnność
wdowy? Jeśli jej nadużyłem, to przepraszam, i chciałbym... wyjechać...
Jeden cień oddzielił się od innych, uniósł krzesło, obrócił je
i usiadł z rękoma złożonymi na jego niskim oparciu.
- Skąd wziąłeś pistolet? - zapytał cień obcym głosem.
- Nie miałem żadnego pistoletu. Strzelił Banichi. Nie ja.
- Dlaczego Banichi miałby się w to angażować? I dlaczego
pistolet pojawił się w twoim łóżku?
- Nie mam pojęcia.
- Czy Banichi jeździł z tobą na Mospheirę?
- Nie.
- Czy kiedykolwiek tam był?
- Nie. Za mojego życia żaden ateva nie odwiedził Mospheiry.
- Kłamiesz o tym pistolecie, prawda?
- Nie - odparł.
Powróciło drżenie w lewej nodze. Bren starał się zachować
spokój i myśleć, a pytania padały jedno za drugim, co pewien czas wracając do
sprawy pistoletu.
Skończyła się taśma i trzeba było ją wymienić. Drżenie nie
ustawało. Szykowało się następne, w prawej ręce, więc Bren spróbował zmienić
pozycję, żeby ją odciążyć.
- Co planujecie - padło następne pytanie, nagrywane już na
nowej taśmie - w związku z przyszłymi dostawami surowców na Mospheirę? Dlaczego
je zwiększyliście?
- Bo infrastruktura Mospheiry się zużywa. - Była to wygodna,
uproszczona odpowiedź. - Potrzebujemy tych surowców. Mamy własne wymagania co do
ich przetwarzania.
- A wasza własna baza rakietowa?
To nie to samo pytanie. Serce na chwilę mu zamarło. Bren
wiedział; że milczy za długo.
- Jaka baza rakietowa?
- Wszystko wiemy. To wy daliście nam satelity. A może nie
powinniśmy wiedzieć?
- Z szerokości geograficznej Mospheiry nie wystrzeliwuje się
rakiet. Nie da się. To niepraktyczne.
- Możliwe. Praktyczne, jeżeli to wasza jedyna baza. A może z
Mospheiry wypływają łodzie nie mające nic wspólnego z łowieniem ryb?
Jakie cholerne łodzie? zapytał w duchu Bren. Jeżeli coś w tym
jest, to on o niczym nie wie. Nie wykluczał jednak takiej możliwości.
- Nie budujemy żadnej bazy rakietowej, nadi, przysięgam. Jeśli
tak jest, to paidhi nic o tym nie wie.
- Umieszczacie liczby w strumieniu danych. Popieracie
sekciarskie debaty, żeby nas opóźnić. Najwyraźniej gromadzicie metale.
Zwiększacie zamówienia na stal i złoto - dajecie nam przemysł i wymieniacie
mikroukłady na grafit, tytan, aluminiuni, palad - pierwiastki, o których
istnieniu nie wiedzieliśmy jeszcze sto lat temu, a teraz, dzięki wam, potrafimy
je wykorzystywać. Teraz je importujecie - minerały, których nie ma na
Mospheirze. Po co? Do czego ich używacie, jeśli nie do tego samego, czego nas
nauczyliście, do budowy lekkich statków powietrznych, którymi się nie lata,
do...
- Nie jestem inżynierem. Nie znam się na naszej produkcji.
Wiem, że używamy tych pierwiastków w elektronice, do wyrobu stali o dużej
wytrzymałości, dla przemysłu...
- I lekkich statków powietrznych? Łopatek turbin dla
odrzutowców?
Potrząsnął głową. To nawyk z dzieciństwa, nic nie znaczący dla
atevich. Znalazł się w poważnych kłopotach i nie mógł powiedzieć o
podejrzeniach, które żywili atevi, komuś, kto powinien jak najszybciej o nich
usłyszeć. Bał się, że w ogóle nie będzie miał szansy powiedzieć o nich
komukolwiek, jeżeli nie udzieli temu mężczyźnie jakichś wiarygodnych,
uspokajających odpowiedzi.
- Nie wątpię, że istnieją eksperymentalne statki powietrzne.
Mamy tylko wyrysowane plany tego, co niegdyś istniało. Budujemy pojazdy próbne.
Modele. Wypróbowujemy to, co w naszym mniemaniu sami rozumiemy, zanim udzielimy
rad, które doprowadzą jakiegoś atevę do wysadzenia się w powietrze. Nadi, znamy
niebezpieczeństwa związane z paliwami rakietowymi i systemami sterowania...
- Troszczycie się o nas.
- Zapewniam cię, nadi, że nie chcemy, żeby jakiś ateva wysadził
w powietrze laboratorium albo spadł z nieba i żeby wszyscy mówili, że to nasza
wina. Atevi winią programy. Wiele osób wini nas za samoloty, które nie podają
rozkładu lotów, i ulice miast zawalone zbożem, bo minister rolnictwa myślał, że
komputer wymyśla liczby - całe szczęście, że mamy programy próbne. Najpierw
staramy się zapobiegać katastrofom, a potem prosimy, żebyście ryzykowali życie.
To nie konspiracja, a zasady współistnienia!
- To coś więcej niż próby - powiedział prowadzący śledztwo. -
Aiji dobrze sobie z tego zdaje sprawę. Prawda?
- Nie. Ja też sobie z tego nie zdaję sprawy. Nie ma żadnej bazy
rakietowej. Nic przed wami nie ukrywamy. Jeżeli buduje się statki powietrzne, to
jest to program badawczy.
- Kto ci dał pistolet, nadi?
- Nikt mi nie dał żadnego pistoletu. Nawet nie wiem, że był pod
moim materacem. Zapytaj Cenediego, skąd się tam wziął:
- Kto ci go dał, nadi-ji? Odpowiedz mi. Powiedz: Dał mi go
aiji, a będziesz mógł wrócić do łóżka i więcej o tym nie myśleć.
- Nie wiem. Powiedziałem, że nie wiem.
Mężczyzna stojący najbliżej Brena wyciągnął pistolet. Bren
zobaczył w prawie całkowitej ciemności lśnienie lufy. Mężczyzna przysunął się i
Bren poczuł na twarzy zimny metal. Dobrze, pomyślał, tego przecież chcemy,
prawda? Koniec pytań.
- Nand'paidhi - powiedział prowadzący śledztwo. Mówisz, że
Banichi strzelił do intruza w twoim mieszkaniu. Czy to prawda?
Po przekroczeniu pewnego punktu - do diabła z tą grą. Bren
zamknął oczy i pomyślał o śniegu i niebie nad zimowymi stokami. O wietrze i o
tym, że w zasięgu wzroku nie ma żywego ducha.
Jego myśli nie pobiegły ku Barb, i to było wiele mówiące. Jakby
ten fakt miał jakiekolwiek znaczenie! Stanowiło to jednak dziwne, bolesne
odkrycie.
- Czy to prawda, nand' paidhi?
Postanowił nie odpowiadać. Pistolet zniknął. Mocna dłoń uniosła
mu głowę i uderzyła nią o ścianę.
- Nand' paidhi. Tabini-aiji wyrzekł się ciebie. Oddał cię w
nasze ręce. Czytałeś list. Prawda?
- Tak.
- Jakie ma dla ciebie znaczenie nasza polityka? Puść go, nadi.
Puść go. Wyjdźcie. Wszyscy.
Mężczyzna go puścił. Nagle zmienili zasady. Pozostali wyszli
pojedynczo, wpuszczając nieco światła, które wyodrębniało przynajmniej kontury
twarzy atevy zadającego pytania, ale Bren chyba go nie znał. Zastanawiał się
tylko, jaka będzie jego ostateczna propozycja i co takiego chce mu powiedzieć na
osobności. Bren nie sądził, żeby mu się to spodobało.
Ateva wyłączył magnetofon. W celi zapadła bardzo długa cisza.
- Czy myślisz - odezwał się w końcu - że odważymy się teraz
wypuścić cię, nand' paidhi, żebyś wrócił na Mospheirę? Z drugiej strony, gdybyś
dostarczył aiji-wdowie dowodu pozwalającego usunąć aijiego, gdybyś opowiedział
się po naszej stronie - bylibyśmy głupcami, przekazując cię bardziej radykalnym
frakcjom istniejącym w ramach naszego patronatu.
- Cenedi mówił to samo. I przysłał mnie tu.
- My popieramy aiji-wdowę. Byłoby ci u nas bardzo wygodnie,
nand' paidhi. W stosunkach patronatu z Mospheirą nie zmieniłoby się nic ważnego
- oprócz osób u władzy. Jeśli mówisz prawdę i nie masz informacji, które
chcielibyśmy uzyskać, to potrafimy być rozsądni. Możemy to zaakceptować, o ile
będziesz gotów dostarczać nam oświadczenie służące naszemu punktowi widzenia.
Nie będzie cię to nic kosztowało. Utrzymasz się na swoim stanowisku, nand'
paidhi. Wszystko to za prostą odpowiedź. Co ty na to? - Ateva pochylił się, znów
stając się jednolitą plamą cienia, i włączył magnetofon. - Kto ci dostarczył
pistolet, nand' paidhi?
- Nigdy nie miałem żadnego pistoletu - odparł Bren. - Nie wiem,
o czym mówisz.
Ateva wyłączył magnetofon, podniósł go, wstał i wyszedł. Bren
zwisał ze sztaby, trzęsąc się i myśląc, że właśnie zrobił z siebie kompletnego
durnia, że Tabini nie zasługuje na tak wielką przysługę. Zadawał sobie pytanie,
czy rzeczywiście ma szansę wyjść z tego żywy, zostać na stanowisku i wrócić do
załatwiania spraw z Mospheirą, jakby nic się nie stało...
Akurat mu na to pozwolą... Zaufanie to słowo, którego nie da
się przetłumaczyć. Atevi mieli za to czternaście słów na oznaczenie zdrady.
Spodziewał się, że wrócą strażnicy, może go zastrzelą, może
zabiorą go gdzieś indziej, do tych mniej rozsądnych atevich, o których mówił
jego rozmówca. Jeśli ma się potencjalnego informatora, to nie przekazuje się go
rywalizującym frakcjom. Nie. To cały Cenedi. Cała wdowa. Ta sama gra, bez
względu na strategię. Tyle że gra zrobiła się ostrzejsza. Cenedi ostrzegał go,
że niektórzy nie wytrzymują.
Usłyszał, że ktoś wychodzi z pomieszczenia i idzie korytarzem,
potem zamyka drzwi. Podczas długiej chwili ciszy Bren zadał sobie pytanie, jak
bardzo zły obrót mogą przybrać sprawy - i znalazł na to paskudne odpowiedzi
rodem z machimi. Nie chciał o tym myśleć. Oddychanie sprawiało mu teraz ból, ale
nie czuł już nóg.
Dłuższy czas potem otworzyły się zewnętrzne drzwi. Znów ktoś
schodził po kamiennych schodach. Bren słuchał jego kroków, oddychając szybko i
płytko, co nie dawało mu wystarczającej ilości tlenu, patrzył, jak ciemniejszym
korytarzem zbliżają się cienie i usiłował zachować przytomność umysłu. Znajdź
jakiś punkt do negocjacji, powiedział sobie w duchu. Zajmij czymś tych drani,
niech mówią. Graj na zwłokę, żeby Hanks, Tabini albo w ogóle ktoś zdążył coś
zrobić.
Do celi weszli strażnicy. Był teraz całkiem pewien, że to
podwładni Cenediego.
- Powiedzcie Cenediemu, że się zdecydowałem - odezwał się tak
rzeczowo, jakby znajdował się we własnym biurze, a oni przyszli po wiadomość. -
Może dojdziemy do porozumienia. Muszę z nim porozmawiać. Wolałbym rozmawiać z
nim.
- To nie nasza sprawa - powiedział jeden z nich. Bren rozpoznał
tę postawę, to oficjalne umycie rąk atewskiego urzędnika, który zajął
stanowisko, zerwał negocjacje i polecił podwładnym opóźniać próby porozumienia.
Oficjalnie. Cenedi mógł nie chcieć słyszeć o ich metodach. Bren nie uważał
Cenediego za kogoś takiego; sądził, że będzie chciał wiedzieć, co robią jego
podwładni.
- Jest pośrednie stanowisko - powiedział. - Powiedzcie mu, że
jest z tego wyjście. - Cokolwiek, co spowoduje, że Cenedi pośle po niego.
Strażnicy mieli jednak inne rozkazy. Zaczęli odwiązywać mu
ręce. A więc zabiorą go gdzieś indziej. O Boże, żeby tylko to było w zamku.
Czterech na niego jednego. Idiotyzm. Nogi nie funkcjonowały mu
jak należy. Jedna stopa ścierpła. Nie mógł poruszać rękami. Spróbował wstać o
własnych siłach, ale dwóch strażników podniosło go, podpierając mu plecy
splecionymi rękami, żeby mógł stanąć na nogach, choć byłoby prościej, gdyby
jeden z nich go po prostu zaniósł.
- Przepraszam - powiedział Bren. Kiedy wyprowadzali go z celi,
jedna stopa odmawiała mu posłuszeństwa co kilka kroków i Brenowi zrobiło się
głupio, że w ogóle otwierał usta był tak cholernie przyzwyczajony do
uprzejmości, które teraz wydawały się tak cholernie bezużyteczne. - Tylko
powiedzcie Cenediemu - poprosił w korytarzu. - Dokąd idziemy?
- Po prostu idź, nand' paidhi. Mamy rozkaz z tobą nie
rozmawiać.
Co oznaczało, że rozmawiać z nim nie będą. Nic mu nie byli
winni. To, że odpłacali uprzejmością za uprzejmość, było pocieszające i
świadczyło przynajmniej o tym, że nie żywią do niego osobistej urazy, ale poza
tym nie znaczyło nic. Man'chi było wszystkim, lecz nie wiadomo, gdzie spoczywało
ich man'chi.
Przynajmniej prowadzili go w górę, do holu. Bren miał nadzieję,
że może będą przechodzić obok gabinetu Cenediego, i tak też się stało - drzwi
jednak były zamknięte i nie wydostawało się spod nich światło. Cholera,
pomyślał, jeszcze jedna nadzieja zawiedziona. Wstrząsnęło to resztkami
świadomości Brena, ale jego myśli wciąż zbaczały w kierunku tego, co się dzieje,
co może się stać, kim są ci atevi, a to akurat nie było ważne, ponieważ nic nie
mógł na to poradzić. Mógł natomiast uporządkować pytania, które mu zadali, i
postarać się przewidzieć, o co jeszcze mogą go pytać - tylko to może się na coś
przydać. Nie powinien wierzyć, że uparte pytanie o broń jest ważne - być może
chcą, żeby skupił się na tej kwestii, podczas gdy oni będą po kawałeczku
wyciągać z niego to, co naprawdę wie... dopóki nie określą granic jego wiedzy i
ewentualnej jego przydatności.
Nie istniała żadna cholerna baza rakietowa. To było
najstraszniejsze pytanie, a oni nie mieli racji, nie mogli mieć racji żadną
miarą nie mógł sobie wyobrazić takiej bazy na Mospheirze. Jeśli natomiast chodzi
o gromadzenie zapasów, to mieli dane handlowe. Na ten temat nie mógł kłamać.
Atevi w końcu nauczyli się od swoich nauczycieli: wiedzieli, że ludzie gromadzą
materiały potrzebne w pewnych dziedzinach, i jeśli będą zadawać właściwe pytania
oraz stosować właściwe narkotyki, to Bren może im powiedzieć o wiele za dużo.
Cenedi powiedział to samo, co mówili jego przełożeni: nie będzie żadnym
bohaterem, chyba że wymyśli jeszcze lepsze kłamstwo od tego, które już wymyślił
na poczekaniu, i będzie się go trzymał.
Boże, jedyna nadzieja w tym, że ich najważniejszym celem jest
powiązanie tego pistoletu z Tabinim, a nie ta cała reszta. Nie mogli przecież
pokonać Tabiniego, to niemożliwe, i wciąż pytać o to, o co pytają...
On jednak nie może im już nic więcej powiedzieć.
Nie może. Nie odważy się. Nie może brać udziału w tej
niebezpiecznej grze. Musi posługiwać się głową, która w tej chwili wcale nie
jest tak sprawna. Był obolały, a myśli rozbiegały mu się przy najmniejszym
rozluźnieniu uwagi, zatrzymując się na kwestiach tego, co może się zdarzyć, co
on może zrobić, a czego mu nie wolno, i jaki może mieć wybór.
Prowadzili go obok kuchni, a potem korytarzem do schodów, co do
których miał kiedyś podejrzenie, że mogą być zabezpieczone przed niepowołanymi
osobami - do tylnych schodów Ilisidi, jej apartamentu i jej skrzydła fortecy,
zupełnie odizolowanych od reszty Malguri.
- Banichi! - krzyknął Bren, kiedy zaczęli wchodzić na schody.
Strażnicy wzmocnili chwyt. - Banichi! Tano! Ratunku! Szarpnął się, żeby
wszystkich zrzucić ze schodów, i chwycił ręką poręcz. Jeden ze strażników objął
go ramieniem, pozbawiając tchu, i oderwał od balustrady, a drugi tymczasem
odzyskał równowagę.
- Banichi! - krzyczał, aż zdarł sobie gardło; nie był jednak na
tyle silny, żeby się im wyrwać, skoro mieli się już na baczności. Wwindowali go
po schodach, przeciągnęli przez korytarz i wnieśli przez masywne drzwi do
apartamentu Ilisidi.
Grube drzwi. Dźwiękoszczelne. U Ilisidi pachniało kwiatami,
płonącym drewnem i naftą do lamp. Nie było już sensu się wyrywać. Bren odzyskał
oddech i starał się iść o własnych siłach - dawał się prowadzić bez oporu, bo i
tak nikt już go nie mógł usłyszeć - po wypastowanej drewnianej podłodze i
antycznych dywanach, obok delikatnych mebli, bezcennych dzieł sztuki i, jak
wszędzie w Malguri, wypchanych łbów zwierząt. Niektóre z tych gatunków były już
wymarłe, wybite do ostatniego osobnika.
Z trudem łapiąc oddech, Bren poczuł czysty, zimny zapach
przesyconego deszczem powietrza. Gdzieś były otwarte okna albo drzwi na balkon,
wpuszczając wiatr na pokoje, z których bardziej odległe były pogrążone w cieniu.
Nie paliły się lampy, powietrze robiło się coraz zimniejsze, aż w końcu przeszli
przez ciemny salon, który pamiętał, i wyszli na omiatany zimnym wiatrem balkon.
Stał tam w ciemności nakryty stół, a przy nim siedziała, jedząc
grzanki z herbatą, ciemna postać o włosach przetykanych siwizną, ubrana w ciepłe
szaty. Ilisidi, siedząca nad wczesnym śniadaniem, podniosła wzrok na wchodzących
i, co Brenowi wydało się zupełnym szaleństwem, machnęła w kierunku pustego
krzesła. Lodowate podmuchy szarpały koronkowym obrusem.
- Dzień dobry, nand' paidhi - przywitała go.- Siadaj. Jakie
masz śliczne włosy. Same się kręcą?
Padł na krzesło, do którego doprowadzili go strażnicy. Warkocz
kompletnie mu się rozplótł. Włosy fruwały na wietrze, który porywał parę znad
filiżanki Ilisidi. Strażnicy stanęli za jego krzesłem, a służący wdowy nalał mu
herbaty. Wiatr, który nadlatywał znad pogrążonego w mroku jeziora, od gór,
porwał parę także z filiżanki Brena, przeszywając go chłodem do szpiku kości. Na
najniższych przełęczach pokazała się leciutka czerwień świtu.
- To godzina duchów - odezwała się Ilisidi. - Wierzysz w nie?
Zaczerpnął szybki, zimny haust powietrza - pozbierał kawałki
swego rozsądku... i zaskoczył.
- Wierzę w powinność spełnianą bez nagrody, nand' wdowo. Wierzę
w zdradę i zaproszenia, których człowiek nie powinien pochopnie przyjmować.
Wejdź na mój statek, rzekła dama do rybaka. - Ujął filiżankę trzęsącą się ręką.
Herbata rozlała się, parząc go w palce, ale doniósł naczynie do ust i pociągnął
ostrożnie łyk. Poczuł tylko słodycz. - To nie napar Cenediego. Jakie efety
wywołuje tym razem?
- Jaki dumny młodzian. Słyszałam, że lubisz słodycze. Słyszysz
dzwon?
Słyszał. To pewnie pława dzwonowa gdzieś na jeziorze.
- Kiedy wieje wiatr, niesie ze sobą jego dźwięk - rzekła
Ilisidi, jeszcze szczelniej owijając się w swoje szaty. - Ostrzega przed
skałami. Wpadliśmy na ten pomysł na długo wcześniej, nim pojawiliście się ze
swoimi darami.
- Nie wątpię. Atevi wynaleźli tyle rzeczy przed naszym
przybyciem.
- Wasz statek się rozbił, tak? Wciąż podtrzymujecie tę
historię? Nie było żadnych pław dzwonowych?
- Za daleko od zwykłych tras - odparł i pociągnął jeszcze
jeden, rozgrzewający łyk. Ostry wiatr przenikał mu przez koszulę i spodnie. Tak
bardzo dygotał, że znów oblał sobie palce gorącym płynem, odstawił więc
filiżankę na stół. - Poza zasięgiem naszych map. Za daleko, żeby zobaczyć
znajome gwiazdy.
- Ale wystarczająco blisko do naszej.
- W końcu tak. Kiedy byliśmy zdesperowani. - Dzwonienie to
rozlegało się, to cichło, zależnie od kaprysów wiatru. Nigdy nie chcieliśmy
nikomu zrobić krzywdy, nand' dowager. To wciąż jest prawda.
- Rzeczywiście?
- Kiedy Tabini przysłał mnie do ciebie, powiedział, że będzie
potrzebował wszystkich moich zdolności dyplomatycznych. Wtedy nie rozumiałem, o
co mu chodzi. Myślałem, że jego babka jest po prostu trudna w kontaktach.
Twarz Ilisidi nic nie wyrażała, nic, co ludzkie oczy mogłyby
dostrzec w nikłym świetle poranka. Możliwe jednak, że ją to rozbawiło. Ilisidi
często bawiły takie dziwne rzeczy. Być może, że zimno przeniknęło już do samego
mózgu Brena, a może to skutki herbaty: stwierdził, że jakoś nie bardzo się jej
boi.
- Czy zechciałabyś mi powiedzieć - odezwał się, podnosząc głos
z powodu wiatru - czego chcesz? Bazy rakietowe na Mospheirze, to stek bzdur.
Nieodpowiednia szerokość geograficzna. Podobnie bzdurny jest pomysł ze statkami
wypływającymi do innych miejsc. Czy zatem aresztowanie mnie to po prostu sprawa
polityczna, czy coś innego?
- Moje oczy nie są już takie, jak dawniej. Kiedy byłam w twoim
wieku, widziałam waszą stację na orbicie. Potrafisz ją stąd dojrzeć?
Zwrócił głowę ku słońcu, ku górom, szukając nad ich szczytami
gwiazdy, która nie migoce, gwiazdy lśniącej odbitym światłem słońca.
Zobaczył zamglony obraz. Stacja wydawała się zniekształcona,
więc Bren spojrzał na sąsiednie ciemniejsze gwiazdy. Niebo było jeszcze na tyle
ciemne, że widział je bez żadnego kłopotu. Żadne elektryczne światła nie
zaćmiewały świtu miejską poświatą.
Ale kiedy patrzył przez dłuższą chwilę na stację, wciąż widział
tę deformację, jakby - przestraszył się tej myśli - odchyliła się od swojej
zwykłej płaszczyzny, zmieniając zarys z okręgu na elipsę.
Może to widać główny maszt? Czyżby stacja tak radykalnie
odchyliła się od pionu?
Przez głowę przemykały mu rozmaite logiczne wyjaśnienia: stacja
jest w gorszym stanie, niż sądzili, może spowodowała to jakaś burza na słońcu, a
Mospheira mogła przesyłać instrukcje, usiłując ją uratować. To na pewno
zwróciłoby uwagę atevich - mają odpowiednio silne urządzenia optyczne.
Może obluzowała się jakaś bateria słoneczna i odbija światło.
Stacja co kilka minut wykonywała obrót. Jeśli coś się obluzowało, to powinno
pojawiać się i znikać.
- No i co, nand' paidhi?
Wstał z krzesła i patrzył na stację, starając się nie mrugać
oczyma, tak długo, aż zaczęły go piec od podmuchów wiatru, który przenikał jego
ubranie niczym nóż.
Nic się jednak nie zmieniało, nie znikało. Maleńka
nieregularność utrzymywała się z tej samej strony stacji, która miała wirować
wokół swej osi... coraz wolniej z biegiem wieków, zgodnie z prawami entropii,
ale...
Ale, pomyślał, mój Boże, nie za mego życia. Stacja nie miała
się rozpaść, chyba że w wyniku jakiegoś wszechobejmującego astronomicznego
kataklizmu...
A wtedy by tak nie wisiała - chyba że to naprawdę jest maszt...
Postąpił krok w kierunku balkonu. Ręce atevich chwyciły go za ramiona i
zatrzymały, ale Bren nie chciał rzucić się z murów Malguri, a jedynie jak
najdalej odejść od nikłego światła docierającego z dalej położonych pokoi. Wciąż
nie rozumiał, co widzi. Jego umysł wciąż usiłował zinterpretować nowy obraz
stacji.
- To coś pojawiło się osiem dni temu i połączyło ze stacją -
odezwała się Ilisidi.
Pojawiło się. Połączyło ze stacją.
O mój Boże, mój Boże...
następny |